Re: Brat... to brat

Autor: atena@cyber.cs.net.pl (Aneta Cichocka)

pl.rec.hihot

TRUDNE POCZĄTKI - czyli krótka rozprawka nt przypadków z życia brata

Brat urodził się 4 i pół roku później niż ja. Wystarczająco, żebym zdołała zorientować się, że się pojawia, kim jest i co wyprawia. Zdaje się, że bardzo długo pragnął zostać kaskaderem, a ćwiczenia rozpoczął już w 'kołysce'.

Łazienkę mieliśmy metrażem niewielką, więc różne sprzęty służyły do różnych rzeczy. Np. pralka służyła jako miejsce do oporządzania 'kochanego maleństwa' po kąpieli. Mama zawsze bardzo uważała, żeby maleństwo nie spadło, niestety pewnego dnia brat wykorzystał podstępnie jej moment nieuwagi podczas sięgania po zasypkę i radośnie runął z wysokości pralki na podłoge.

Kolejnym wyczynem było wypadnięcie z łóżeczka ze szczebelkami. Okoliczności tego wydają się ciągle niejasne i podejrzane. Czyżby zadatki na akrobatę?

Dzieci przypina się w wózeczkach spacerowych szeleczkami, żeby nie wypadły. Podczas wyprawy do sklepu mięsnego brat udowodnił, że te zabezpieczenia są niczym. Gdy babcia weszła do sklepu, by zakupić co rzucili, niemowlak wściekły na pozostawienie w samotności rozbujał wózeczek i razem z nim przewrócił się na beton. Zainteresowanie faktycznie wzbudził od razu. A i babcia zmaterializowała się natychmiast.

Zimą chadzało się na sanki. Wybrana przez tatę górka była sporawa, ale pod nią znajdowała się bardzo szeroka przesieka utworzona podczas kładzenia rurociągu. Jeździliśmy szczęśliwi. W końcu brat poprosił o możliwość zjazdu samodzielnego - wiek 'Zosi Samosi'. Puszczony pojeeechaał... przebył całą przesiekę i... zniknął w rowie, który znajdował się tuż przed linią lasu. To nic, że wszystkie ślady sanek kończyły się mniej więcej w połowie tejże przesieki... Ruszyliśmy nieco zaniepokojeni w dól stoku, gdy nagle z rowu wylazło coś rozdartego, bez przednich zębów, za to z cieknącą z dziąseł krwią. Brr... wygląd makabryczny, nie powiem jak się na nas potem patrzyli ludzie, gdy wieźliśmy brata do domu, a on całą drogę prezentował zakrwawioną szczękę. Nie, nie wybił sobie zębów, on ich chwilowo nie miał... a krew wzięła się z rozciętej wargi.

W ramach kolejnych kaskaderskich ćwiczeń brat sturlał się po schodach na klatce schodowej, bez zatrzymywania pokonując zakręt.

Podczas wizyty towarzyskiej u rodziny, przy okazji bodajże imienin, brat śmiejąc się z czegoś do rozpuku machnął w tył głową i rozciął ją sobie na głębokość kilku milimetrów o żeberko kaloryfera. Skończyło się na szyciu.

Minęło trochę czasu. Wyjechaliśmy w dwie rodziny (razem 7 osób) na wakacyjną wyprawę do Paryża i z powrotem oglądając co się dało po drodze. Gdzieś we Francji zatrzymaliśmy się w małej zatoczce/parkingu akurat mieszczącym 2 samochody. Stał tam drewniany stół z ławkami, świetne miejsce na postój. Przed nami było zatrawione pole, po prawej słoneczniki, po lewej kukurydza. Wszyscy zdecydowali się na pójście za potrzebą w słoneczniki. Brat wyłamał się i zaprotestował przeciwko naszemu towarzystwu podczas 'czynności intymnych'. Wyruszył w kukurydzę. Wróciliśmy, zabraliśmy się za jedzenie. Nikt nie zwrocił uwagi na brak jednego uczestnika. Wreszcie patrzymy, a od strony kukurydzy brnie ku nam strzęp człowieka. Brat byl obrazem nieszczęścia - zakrwawiony, podrapany, opuchnięty. Okazało się, że tuż przed polem kukurydzy był głęboki rów, zarośnięty dokładnie pokrzywami i dziką różą, kompletnie niewidoczny dla nieświadomego brata.

Rok później wybraliśmy się na podobną wyprawę do Włoch. W okolicach Rimini stanęliśmy na kempingu nad morzem. Wybrzeże tam jest charakterystyczne - płaski, piaszczysty brzeg, płycizna sięgająca jakieś 200m w morze, zakończona wałem skalnym, tu i ówdzie przerwanym, żeby za ten naturalny falochron mogły wpływać jachty i aby kąpieliska były bezpieczniejsze. Rodzina oczywiście od razu poleciała na skały. Po pewnym czasie wiekszosci się znudziło, zostaliśmy w trójkę - tato, brat i ja. Fale zrobiły się większe, ciepła woda opryskiwała nam stopy. Słoneczko przygrzewało. Brat zapytał taty, czy może zejść niżej, tak żeby dotknąć wody. Tato ze stoickim spokojem powiedział - Możesz, synku. Brat zdążył zsunąć się, gdy nagle uderzyła wyjątkowo wysoka fala i zakryła go razem z głową. Gdy piana i woda spłynęły, ukazał się brat, podrapany, potłuczony i dziwnie zielony na twarzy. Słabym głosem zapytał, czy może pójść na brzeg. - Możesz, synku - powiedział tato nadal ze stoickim spokojem. Zieloną minę brata zrozumiałam, gdy kiedyś mnie zalała fala i łyknęłam 'wody' - smak był mdlący - muł, zdechłe ryby i gorzka woda - ohyda.

Z ostatnich wydarzeń brat zatrzasnął się w łazience znajdującej się na najniższym, częściowo podziemnym, poziomie domu. Żadnych okien. Drzwi z pełnego drewna. I mocno niedosłysząca babcia jako jedyna osoba w domu. Była jeszcze sunia, ale na wołania dochodzące z łazienki ani myślała reagować - brat ją kąpie w tej łazience. Brat spędził w łazience 4 godziny, waląc w drzwi, próbując je wyważyć. W międzyczasie czekała na niego dziewczyna, z którą był umówiony. Po 2 godzinach czekania zmarzła tak, że dorobiła się 39 stopni gorączki. Tego samego dnia brat miał jechać na 10-dniowy obóz matematyczny do Czech. Świadomość tych dwóch rzeczy z całą pewnością miło umilała mu czas... W końcu udało mu się wydostać - zamek nie wytrzymał.

Strach się bać, co jeszcze zdarzy się mojemu bratu...

Jak ktoś dotarł aż dotąd to szczerze podziwiam ;)

Atena, co miłościwie wybrała tylko przypadki kaskaderskie, a nie napisała o innych legendarnych przypadkach