Sposób na dresiarzy :-D

Autor: Adam.Sarapata@f112.n480.z2.fidonet.org (Adam Sarapata)

pl.regionalne.warszawa

Robert Pyzel wrote:
Potępią ich z ambon (Prędzej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niźli dresiarzowi...), a my będziemy się radośnie przyglądać.
Obawiam się, że to się niestety nie uda - chociaż spróbować zawsze warto. Btw tematu dresiarzy przypomniała mi się stara relacja kumpla (powiedzmy, że jest to "relacja") jak to spotkał dresa na dworcu, który w sposób... a w sumie. Nie będę Wam odbierał tej przyjemności - przeczytajcie sami:


Date: 10-24-95 (09:22)
From: MCORP
Subj: Story II

No czołem. I znów dla niezorientowanych wyjaśniem, że "story II" to nie kolejny odcinek dramatu z życia przendzalni, tylko z angielska tak zagrauem, że niby bendzie dla oczytanych.

"Dlaczego zatrzymano mię w sobotę"

Dramatis personae:
Dres (taki klient umundurowany w wiejski kostium adika)
Jego Narzeczona
Gliniarz chudy-i-wysoki (niski rangom)
Gliniarz gruby-i-ważny-bardzo
Ja

Sobota, pienkny wieczór, Dworzec Centralny. Idem sobie, o niczym specjalnie nie myślę, dobrze mi. Jakiś hałas wyrywa mię z otempienia. Patrzę I CO WIDZEM? Stoi Dres. Blond grzywka (utrwalona super-glue), buja siem na flekach. W lewej dzierży kołnierz Jego Narzeczonej. Prawom daje jej po buzi. Z otwartej, przy ludziach. Tłum patrzy. Dres tłucze dziewczynę, normalka. Padajom zwykłe teksty "Ty kurwo, ja cię zayebię, gdzie z tym chujem polazłaś". Trochę siem zdziwiłem. Gdzie ona mogła iść, jak siem ledwo na nogach trzymie? Ale może to z "tym chujem" tak zaprawiła. Ale jednak dziewczyna, a on jom z otwartej. Podchodzę, znieświeżony zachowaniem dresa (a powinienem siem już uodpornić). Podniósł łeb parszywy. Łypie kaprawym ślepiem.
- I co się, kurwa, gapisz?
Wiedziałem, że to powie. Miałem gotowom odpowiedź:
- Ładny garnitur.
Nie rozumie. Nie dziwne. Dresy som z Plutona. Wypala celnie:
- Zajebać ci?
Koniec rozmowy. Wymiana grzeczności, ja mam kuku na kostkach, on jakby siem uparł zrobić mostek na lastryko Dworca. Ale kwas, z tyłu stali kumple. Też dresy. Po celnym kopie londuję obok Dresa powalonego. Fartem, jakiś gość wszczoł zadymę z kumplami Dresa, że niby dwóch na jednego, i że policja, i że szczeniaku-przyjedź-do-nas-na-Prażkę-to-cię-zabiję. To miałem czas się podnieść. Dres tarza siem w pyle tysionca polskich miast. Mam satysfakcję. Krótko, bo budzi siem narzeczona Dresa i obrzuca mie gradem. "Ty chuju, co siem wpierdalasz, Tomek-nic-ci-siem-nie-stało?" Tomek jakby niezdolny do odpowiedzi, wienc znowu na mnie. No wienc chyba już pojdę. I tu dosienga mię ramię Temidy. W osobie Chudego-i-wysokiego policjanta. Mundurek wisi na nim, niedożywiony jakiś.
- To ty? Głupie pytanie. Oczywiście, że ja to ja. Nie omieszkam napomknonć.
- Znamy się? - pytam ostrożnie (oczami wyobraźni widzem, jak pada mi w ramiona - Chryste Panie!! Marcin!! Poznajesz mię?!) Ale nie o to chyba chodzi.
- To pójdziesz ze mnom.
- Ehm... ale kiedy, bo siem spieszę trochę...
Patrzy. No tak, chyba przestało mi siem śpieszyć. Idziemy na posterunek, sadza mię na ławeczce, obok jakiś chlor leży owinienty w dwa kożuchy. Wali nieprzecientnie. Siedzem sobie jakiś czas, rozglondam siem za prasom jakomś, żeby się nie nudziło. Ale tylko ten żulik ma Wyborczom sprzed dwóch lat i to chyba w charakterze onucy. Rezygnuję z lektury. Po jakiejś godzinie Chudy mówi, że na mnie już czas.
- Ksiondz już jest? - Taki lekki żarcik, na rozluźnienie sytuacji, ale chyba nie trafiło. Szarpie mię, no to wstajem. W Pokoju Przesłuchań siedzi ON. Główny-i-najwyższy-na-Dworcu-Pan-Władza. 120 kilo, wzmocniony fotel, podpórka na bemben. Mnę w renkach czapkę, wchodzę. A on zza biurka (betonowe drzwiczki, szuflady pełne krwi):
- My już wszystko wiemy...
Rozchmurzam siem, łapiem za klamkę, mówię:
- No to nie ma sprawy, chyba już nie jestem potrzebny...?
- DZIE LEZIESZ!!! SIADAJ!!!
Siadam. Z natury jestem ugodowy.
- Nazwisko.
Patrzymy sobie w oczy. Kocha mnie?!?!
- ODPOWIADAJ!!
- Ale PAN mnie nie pytał... - taki nacisk kładem na PAN, że niby na jednym gównie siem nie ślizgaliśmy, co to za poufałości i w ogóle. Nawet nie zauważył.
- Jak siem nazywasz?
- Marcin. A ty?
No i siem doigrałem. A to taki stary dowcip. Proszę bardzo, Philip Marlowe z Powiśla. No i mie kropnoł. W ucho. Rozdarłem siem, że skarga i że beknie za to i że kurwa-sierżantem-to-już-długo-nie-pobendziesz. Chyba go ubawiłem. Fajnie, nie ma to jak uśmiech.
- Gdzie się uczysz?
No pienknie. Muszę jednak coś zrobić z twarzom, może narysuję se brodę, albo coś. Albo pobielę włosy na skroniach wapnem. Kobiety to lubiom. Podaję mu dowód.
- '71? Komu to ukradłeś?
Wiedziałem.
- To mój.
- Ta, a ja jestem ksionżę Karol.
- Tak właśnie myślałem, że skondś pana znam.
Dźga grubym paluchem w ramoneskę.
- A to komu skroiłeś?
- To na zamówienie. I chyba mamy tego samego krawca.
No i już wiadomo, że do rana mam z głowy. Teraz to mogę se gadać, że informatyk, że pracuje. Mogłem mu nawet powiedzieć, że z pensji mu fundnę aerobik, ale i tak już mnie nie słyszy. On WIE. Kolejny zadymiarz wszczoł burdę na JEGO DWORCU. Żeby nie robić dymu, mówię, że rodzina poświadczy, ale dopiero rano. Wróciłem na ławeczkę, zimno trochę, ale nie chciałem pożyczać chałata od chlora. Wali tak, że włosy w nosie rzednom. Kimnołem trochę, rano wrzucili mię w Poloneza model Pościg i na Ochotę. Fajnie, z mamom siem nie widziałem od tygodnia, ucieszy siem. Stoi w drzwiach, Niobe Bolejonca po prostu, ale łagodzę:
- Ci Panowie nie wierzom, że ja jestem porzondny obywatel. Pokażę im dzienniczek, dobrze mamo?
Mama patrzy z wyrzutem. Udaje niemowę. Dobrze, może wzbudzi litość, kochana mama. Przynoszę panom władzom świadectwo pracy i ksionżeczkę zdrowia dziecka.
- Pan popatrzy. Cztery i pół kilo. Kawał byka był ze mnie, nie?
Wracamy na Dworzec. Ważny Grubas kima za dwutonowym biurkiem. Podtykam mu papierki. Czyta. Chyba niewprawny, zaczyna od poczontku. Po kwadransie podnosi łeb. Ma łzy w oczach.
- Bardzo Pana przepraszam, ale sam Pan rozumie, taka sytuacja, a tego łobuza to my znamy. Już mieliśmy z nim przejścia.
- To dlaczego zatrzymaliście mnie?
- Pan rozumie, nie wyglonda Pan na informatyka...
- A na co wyglondam? - no przecież powinienem wiedzieć.
- No tak... tego... to co? Bez urazy? - nadzieja, miłość bliźniego, ten facet zostanie aniołem. Wycionga pienciokilowom łapę.
- Taa...nie ma sprawy. - bo co? Złożę skargę? Zaczaję siem na niego po pracy? Takom ma robote. Żegna mię na stojonco, zaraz wyciongnie chusteczkę i pomacha.
- To pa - nie mogłem siem powstrzymać.
I do domciu. W ten sposób nie załatwiłem w sobotę wielu ważnych spraw, ale nauczyłem siem ciekawych rzeczy, poznałem interesujoncych ludzi. To też ważne.

Bai, Mc.