Koza i róże...

Autor: pirania@kam.pl (Pirania)

pl.listserv.chomor-l

Historia, która zdarzyła się naprawdę... (wiele jest takich, które zdarzają się naprawdę... w wyobraźni autorów :))

Otóż pośrednio znałem niegdyś pewnego człowieka. Powszechna była opinia o nim, że ma siedmiu aniołów stróżów i wszyscy są cholernie zapracowani. To co przytrafiało się temu facetowi mogło spokojnie służyć za scenariusz do kilkunastu komedii. Do rzeczy.

Nie mogąc już wytrzymać w miejskim smrodzie i zaduchu człowiek ten - a był on ekologiem i zwolennikiem powrotu do natury - zakupił gospodarstwo rolne w niewielkiej wsi w okolicach Poznania. Żył tam sobie spokojnie z całą rodziną w zgodzie z naturą i ekologią. Generalnie był normalny miał natomiast jednego jedynego fioła: róże. Hodował je namiętnie, sprowadzał sadzonki z całego świata, pieścił, doglądał, wygrywał wystawy itp. Pośród swego inwentarza poza żoną i potomstwem miał też kozę. Pewnego dnia stał w kuchni i robił obiad. Jako, że było gorąco ubrany był jedynie w... fartuszek (aby sobie nie poparzyć co ważniejszych organów). Przez okno dostrzegł kozę buszującą w jego różach. Czerwona mgła przysłoniła mu oczy! Wyskoczył z domu i runął do szklarni. Goni kozę, ale ta nie daje się złapać. Co on do niej podejdzie na metr to ta bryk... i już znowu jest o pięć metrów. A straty w różach coraz większe. Dostał pomroczności jasnej. Kiedy się przecknął biegł za kozą przez środek wsi. Fartuszek gdzieś się zapodział więc był w stroju adamowym... A lecąc za nią ryczał "Stój ty kurwo brodata".

Teraz ma gospodarstwo na wybrzeżu... i nie choduje kóz.